
Kamila Diana Walkiewicz
Rocznik '81. Oficjalnie od 2000 roku na urlopie dziekańskim, z którego nigdy nie wróciłam.
Zaczęło się od kontuzji. Od dzieciństwa mój świat kręcił się wokół sportu – trenowałam akrobatykę, lekkoatletykę i judo. Byłam instruktorką aerobiku, ale moje kolana w końcu powiedziały „dość”. Bez pracy nie było studiów, więc wzięłam dziekankę i wyjechałam do Włoch. To był czas przed wejściem Polski do UE – świat był większy, trudniejszy i o wiele bardziej nieprzewidywalny. Ten wyjazd miał być przerwą, a stał się początkiem drogi, która trwa do dziś.
Życie bez scenariusza
Odwiedziłam ponad 70 krajów, ale zamiast pamiątek kolekcjonowałam doświadczenia, których nie powstydziłby się bohater filmu sensacyjnego.
Prowadziłam własne studio tatuażu, pracowałam na promach pasażerskich i szorowałam pokłady w stoczniach jachtowych. Byłam asystentką budowlaną i barmanką w miejscach, których próżno szukać w Google Maps. Przez jakiś czas dawałam się zamykać w skrzyniach i podpalać u boku magika-akrobaty, robiłam występy uliczne, gdy zabrakło kasy, i wędziłam mięso dla spragnionych luksusu.
15 tysięcy mil i jeden błąd
Na jachtach spędziłam łącznie kilkanaście miesięcy, pokonując 15 tysięcy mil morskich. To tam uczyłam się pokory wobec oceanu, nawigując między cyklonami i ufając kapitanom częściej niż technologii.
Śmierć zaglądała mi w oczy kilka razy, ale najbardziej ironiczny był moment na nartach wodnych – zaplątana w orczyk, ciągnięta pod wodą, przeżyłam tylko dlatego, że gość za sterami akurat zachciał zrobić zdjęcie i się odwrócił. To nauczyło mnie jednego: historie, które warto opowiadać, zaczynają się tam, gdzie kończy się bezpieczeństwo.
Przystanek Kambodża
Po latach tułaczki, w tym ostatnich 8 latach wspólnej drogi z moim chłopakiem, podjęliśmy najbardziej ryzykowną decyzję ze wszystkich: postanowiliśmy się ustatkować. Od dwóch miesięcy naszym domem jest Kambodża. Czy to meta? Wątpię. To raczej kolejna baza wypadowa.
O czym piszę?
To powrót do dekady 2000–2011. Czasów, gdy internet był luksusem w kafejce, zdjęcia znikały wraz ze skradzionymi aparatami, a przygoda smakowała inaczej, bo nie była na pokaz. Opisuję świat, w którym każde „zbyt szalone, by było prawdziwe” zdarzenie, wydarzyło się naprawdę.
Atol Maupiti, Polinezja Francuska
Indianin Embera. Park Narodowy Soberania. Panama

Gdzieś w Namibii